środa, 9 grudnia 2015

To musiało zakończyć się wypowiedzeniem wojny


Atakują nas już pierwszego dnia po naszym przyjeździe. Właściwie to przez kilka godzin pozwalają nam siedzieć na werandzie i leniwie nas obserwują. Myślę sobie, że możemy żyć w zgodzie. Prawdziwy atak rusza wieczorem. Odgłos ich zbliżania się, chaotycznego uderzania  we wszystko co na drodze, wprawia mnie w panikę. Uciekamy z werandy i szybko zamykamy drzwi, żeby nie dostały się do środka. Wieczór na werandzie zaliczamy do nieudanych.

poniedziałek, 19 października 2015

Uratowany od porąbania


Stoi u nas w stodole, a jeszcze chwila i nie wiedzielibyśmy, że dym, który wydobywałby się z komina byłby jedynym, krótkim śladem jego istnienia.